Produkt krajowy brutto (PKB) – moja krytyka i korekta, cz. 1

Podstawą do budowania nowych teorii systemu ekonomicznego, powinno być określenie mierników oceniających ten system i zachodzących w nim zmian krótkoterminowych i długoterminowych – cykli gospodarczych i „wykrzywień fundamentalnych”. Trafnie, najbardziej rozpowszechnionym miernikiem dochodu danego państwa, jest produkt krajowy brutto. Przedstawia on wartość wszystkich dóbr i usług finalnych, wytworzonych w danym kraju, w określonej jednostce czasu. PKB pokazuje więc wartość nowo wytworzoną, a nie całość produkcji realizowanej w gospodarce. Wyliczamy go sumując konsumpcję, inwestycje, wydatki rządowe, wzrost zapasów i eksport, a następnie odejmując import. Jest to najszerzej stosowany sposób obliczania PKB, ponieważ stosunkowo najłatwiej i najskuteczniej tak go określić.

Wzrost gospodarczy, w dzisiejszych czasach, przedstawiamy jako nadwyżka produktu krajowego brutto w okresie późniejszym, w stosunku do okresu wcześniejszego. Recesja jest natomiast ubytkiem PKB przez minimum dwa kolejne kwartały. Jest to niestety bardzo niedoskonałe określanie cyklu gospodarczego, powstałe w pierwszej połowie XX wieku.

Pierwsza uwaga
Mam w tym miejscu kilka uwag dotyczące tego wskaźnika i jemu pochodnych, takim jak choćby PKB per capita, oraz wyznaczaniu trendów stosując PKB. Pierwsza moja uwaga dotyczy nierentownych inwestycji realizowanych przez podmioty gospodarcze, które są doliczane do dochodu narodowego, ale całkowicie nam go zaciemniają. Samo określenie „dochód” nie jest dla mnie synonimem określenia „bogactwo”. Są to według mnie pojęcia bardzo różne i odnoszę wrażenie, że nie przypadkowo w ekonomii szerzej używany jest pierwszego z tych dwóch terminów. Jeśli bowiem kraj ma pod swoim terytorium złoże cennego surowca, to jest to dla niego na pewno bogactwo. Dopóki go nie wydobywa i nie zużywa lub sprzedaje, to nie staje się jednak to bogactwo dochodem. W przypadku gdy nie da się go wydobyć, nawet można by użyć jeszcze innego określenia – „potencjalne bogactwo” – czyli w sumie „nie bogactwo”.

Wracając jednak do nierentownych inwestycji prowadzonych przez podmioty gospodarcze – zaliczane są one w danym momencie (w momencie ich realizacji) do PKB. Wydatki te docelowo okazują się jednak stratą dla przedsiębiorstwa. Nie powodują pojawienia się dochodu, renty, w okresie po przeprowadzeniu inwestycji. Są więc czystą stratą, ale jednak ujmowaną w danym momencie jako coś co buduje dochód narodowy. Jednocześnie nie jest konsumpcją, ponieważ taka inwestycja nie jest przeznaczona dla ludzi, dla realizacji ich potrzeb, ale dla realizacji danej organizacji gospodarczej. Ten cel jednak nie jest osiągany, ponieważ nie pojawia się wspominany wcześniej zysk, wartość dla udziałowców. Należałoby tego typu nierentowne inwestycje wyrzucić ze wskaźnika określającego dochód narodowy.

Dobrze, ale jak to zrobić i co to zmienia? Na dzień dzisiejszy można starać się szacować tego typu inwestycje na podstawie wyników i sond wśród przedsiębiorstw, następnie korygować wskaźnik „w tył”, szacować trend tych negatywnych inwestycji i ujmować w aktualnym odczycie wskaźnika. Następnie te odczyty korygować przez ponowne zebranie danych źródłowych od przedsiębiorstw i analogicznie dalej kontynuować cały proces. Po stronie badań przez statystyków należałoby w wynikach finansowych przedsiębiorstw wyróżniać te inwestycje, które mogą być nietrafione. Przedsiębiorstwa musiałyby się więc określać przy realizacji danej inwestycji, kiedy ma ona zacząć przynosić dochody i etapy dojścia do poziomu rentowności. Na tej podstawie w kolejnych odstępach czasowych inwestycja taka powinna być oceniana i określana dość prosto – czy dzieje się z nią dobrze (założenia są realizowane, ścieżka osiągnięcia BEP jest zachowana), czy niedobrze. Po takiej analizie dochodziłoby do sklasyfikowania wydatków dotyczących danej inwestycji, jako inwestycja rentowna lub inwestycja nierentowna. Na rok 2013 ten proces wydaje się jako bardzo skomplikowany, żmudny i wręcz niemożliwy do przeprowadzenia. Głęboko wieżę, że nie w aż tak odległej przyszłości, będziemy mogli prowadzić znacznie bardziej skomplikowane badania statystyczne gospodarki.

W tym miejscu ktoś może zarzucić, iż nietrafione inwestycje to przejaw ryzyka, z którym musi zmierzyć się przedsiębiorstwo i coś całkowicie naturalnego oraz niezmiennego. Powinno się więc takie wydatki akceptować jak „wióry sypiące się podczas rąbania drewna”, proces mechaniczny występujący w trakcie zarządzania przedsiębiorstwem. Nie zgodzę się z takim ujęciem sprawy. Decyzje inwestycyjne zawsze podejmowane są przez ludzi, wypływają z ich psychiki, która jak opisałem we wcześniejszych wpisach, jest bardzo zawodna. Dodatkowo podejrzewam, iż istnieje pewna bardzo ciekawa prawidłowość – w okresie prosperity ilość nierentownych inwestycji ponadprzeciętnie narasta i osiąga swoją najwyższą wartość w okolicach szczytu lub nieco poniżej szczytu cyklu koniunkturalnego. W euforii dobrobytu, ciągle rosnących zysków, osoby decyzyjne w przedsiębiorstwach częściej podejmują niewłaściwe decyzje dotyczące prowadzonych inwestycji. Idąc dalej, gdybyśmy PKB skorygowali o tą wartość inwestycji przedsiębiorstw, to górka w cyklu koniunkturalnym nam się w jakimś stopniu spłaszczy. Obraz gospodarki skorygowany w ten sposób pokaże nam, że nie jest wcale tak świetnie, jak nam się wydaje.